Mamy coraz większy problem z wodą. Winna susza i… stara infrastruktura

Polska wchodzi w sezon zwiększonego zapotrzebowania na wodę z narastającym deficytem – i nie chodzi wyłącznie o brak opadów. Coraz większym wyzwaniem okazuje się stan infrastruktury wodno-kanalizacyjnej, przez którą – według szacunków – nawet 60 proc. uzdatnionej wody nie trafia do odbiorców. Konsekwencje uderzają po kieszeni zarówno „Kowalskiego”, jak i przemysł oraz samorządy.

Pogłębiający się problem braku wody najlepiej widać jednak w terenie. Już w drugiej połowie kwietnia w wielu miejscach Polski widać sceny typowe raczej dla sezonu letniego: odsłonięte piaszczyste łachy, wyraźnie zwężone koryta i cofającą się linię brzegową rzek. Z kolei marzec 2026 zapisał się jako jeden z najbardziej suchych w historii pomiarów – według danych Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej średnia suma opadów wyniosła zaledwie 10,8 mm, czyli o około 27 mm mniej niż norma wieloletnia.

Problem z wodą: dziurawa infrastruktura

Z roku na rok zasoby dostępnej wody się kurczą. OECD wskazuje, że na jednego mieszkańca Polski przypada około 1500 m sześc. odnawialnych zasobów słodkiej wody rocznie, czyli niemal trzykrotnie mniej niż wynosi średnia europejska. W latach suchych, to zaledwie 1,1 tys. m sześć. Polska znajduje się więc blisko progu stresu wodnego, który wynosi 1,7 tys. m sześć. Niedobór wody to problem, który dotyczy nie tylko gospodarstw domowych, ale całej gospodarki. Oznacza straty w plonach, droższą żywność, wyższe ceny energii i ryzyko spowolnienia produkcji w branżach o wysokim zapotrzebowaniu na wodę.

Według Komisji Europejskiej straty gospodarcze związane z suszami w UE przekraczają już 9 mld euro rocznie, a trend jest rosnący. Tę sytuację z roku na rok pogarszają nie tylko zmiany klimatyczne i deficyt opadów, ale też przestarzała infrastruktura wodno-kanalizacyjna. To ona sprawia, że rocznie tracimy ogromne ilości wody. I o ile na klimat mamy relatywnie niewielki wpływ, to na poprawę efektywności wodnej i energetycznej już ogromny.

Marnuje się nawet 6 na 10 litrów wody

W sektorze wodociągowym straty przekraczające około 20 proc. produkcji wody uznaje się za wysokie. Tymczasem w Polsce, w części systemów, zwłaszcza starszych, zdarzały się okresy, gdy sięgały one nawet 60 proc. Co to oznacza w praktyce? Wyobraźmy sobie, że stacja uzdatniania produkuje 1000 m sześc. wody. Jeśli strata sięga 30 proc., to 300 m sześc. Nie trafia do odbiorcy. Woda, która wcześniej została wydobyta, uzdatniona i wtłoczona do sieci, po drodze gdzieś „ginie”. To czysta strata nie tylko wody, ale też energii i pieniędzy na utrzymanie całego systemu – tłumaczy Bartosz Stasiak z biznesu Automatyki ABB.

Dostępne dane NIK pokazują, że w 2022 r. straty wody w sieciach wodociągowych w Polsce wyniosły ok. 306 992 dam sześc., czyli około 307 mln m sześc. Najwyższy udział strat odnotowano w woj. małopolskim (23,0 proc.), dolnośląskim i świętokrzyskim (po 20,4 proc.). W liczbach bezwzględnych najwięcej wody traciły województwa mazowieckie (41,1 mln m sześc.), małopolskie (38,2 mln m sześc.) i dolnośląskie (35,0 mln m sześc.). Jeśli zestawić to z faktem, że w tym czasie gospodarstwa domowe zużyły 1 286 m sześc. wody, to okaże się, że marnuje się mniej więcej co czwarty litr wody.

Skalę problemu dobrze pokazuje pojedyncza nieszczelność. Otwór o wymiarach kilku milimetrów może powodować stratę około 8 m sześc. wody dziennie, czyli niemal 3 tys. m sześc. rocznie. Przy obecnych taryfach oznacza to dziesiątki tysięcy złotych strat w jednym miejscu. W dużych systemach wodociągowych przekłada się to na wolumeny liczone w setkach tysięcy metrów sześciennych rocznie – zwraca uwagę ekspert ABB.

Co jednak jeszcze ważniejsze – nie jest to sytuacja jednorazowa, ale stan utrzymujący się. Gwoli sprawiedliwości – to problem nie tylko polski, ale globalny. Według Banku Światowego globalnie straty wody w sieciach sięgają 30 proc., co oznacza ponad 120 mld m³ wody traconej rocznie – ilość, która mogłaby zaopatrzyć setki milionów ludzi.

Problem z wodą: straty mniejsze nawet o połowę

Z danych Międzynarodowej Agencji Środowiska wynika, że za największe zużycie wody odpowiadają 4 sektory: energetyka (chłodzenie elektrowni) – 36 proc., rolnictwo – 29 proc., zaopatrzenie publiczne, w tym turystyka – 19 proc. oraz przemysł – 14 proc. Wszystkie mają potencjał do redukcji poboru wody. W energetyce jest on najwyższy i sięga nawet 45-95 proc., ale i w zaopatrzeniu publicznym szacunki mówią nawet o 20-50 proc. redukcji. To bardzo dużo. Zwłaszcza w Polsce, gdzie duża część infrastruktury powstała jeszcze w latach 70. i dziś zbliża się do 50- 60 lat eksploatacji.

Dobra informacja jest taka, że technologia pozwala dzisiaj na precyzyjny monitoring zużycia wody i szybkie wykrywanie anomalii, a kilkadziesiąt polskich miast inwestuje w nowoczesne systemy, które mają lokalizować wycieki w instalacjach wodnych.

– Podział na strefy pomiarowe pozwala dokładnie określić, ile wody wpływa do danego obszaru i gdzie pojawiają się straty. Analiza przepływów, szczególnie nocnych, umożliwia szybkie wychwycenie nieprawidłowości. Precyzyjne systemy pomiarowe wykrywają nawet bardzo niewielkie przepływy, skracając czas reakcji i ograniczając skalę strat – zwraca uwagę Bartosz Stasiak z ABB, który tylko w ubiegłym roku dostarczył systemy monitorujące przepływ wody do 20 miejskich spółek.

Wodociągowi operatorzy zdają sobie z tego sprawę, co pokazuje m.in. przykład Wrocławia, który 148 mln zł dotacji z unijnego programu FEnIKS zainwestował m.in. w rozbudowę inteligentnego systemu zarządzania siecią. Do końca marca trwa nowy nabór wniosków w ramach kolejnej edycji programu. Budżet wynosi 720 mln zł, ale i tak potrzeby samorządów są niewspółmierne do proponowanego wsparcia.

Lubelski MPWIK zmniejszył straty trzykrotnie

W 2025 roku program modernizacji wodociągów „Woda do spożycia” objął 33 projekty. Rzeszowskie wodociągi wdrożyły skomplikowany system detekcji wycieków. Zaawansowane rozwiązania i procedury w zakresie oszczędności wody posiadają miejskie spółki w Warszawie, Gdańsku czy Wrocławiu.

– To już ogólnopolski trend modernizacji, która ma ograniczyć straty hektolitrów wody. W pewnym momencie, z powodu starzejącej się infrastruktury i trudnych do wykrycia ludzkim okiem nieszczelności, spółkom miejskim przestały bilansować się nie tylko zasoby wodne, ale i związane z tym finanse. Inwestycje w technologie ograniczające wycieki stały się koniecznością – mówi Bartosz Stasiak z ABB.

Dobrze pokazuje to przykład Lublina, gdzie MPWiK od lat rozwija diagnostykę sieci m.in. z wykorzystaniem przepływomierzy. Poważna diagnostyka została tam uruchomiona w 1997 r. Wtedy straty wody wynosiły 17,4 proc. W 2025 r. spadły one do 5,48 proc. Pierwsze strefy DMA, czyli wydzielone obszary sieci wodociągowej, w których precyzyjnie monitoruje się przepływ i ciśnienie wody. wdrożono w 2006 r., a pięć lat temu takim podziałem objęto cały Lublin. Dziś system obejmuje 36 stref DMA i 90 przepływomierzy. Operator nadal dzieli jednak największe rejony na mniejsze, rozwija zdalny odczyt u odbiorców i równolegle wymienia infrastrukturę.

– Sama strefa DMA daje już bardzo dużo, ale jeszcze nie umożliwia znalezienia awarii. Dopiero gdy rejony są odpowiednio małe i dobrze opomiarowane, możemy szybko zawężać obszar poszukiwań. Tam, gdzie strefy są właściwie skonfigurowane, większość awarii znajdujemy w ciągu od jednego do trzech dni. Dlatego taki system trzeba stale rozwijać, dzielić największe obszary na mniejsze i łączyć dane z przepływomierzy z danymi od odbiorców – mówi Piotr Warda, kierownik Działu Diagnostyki Sieci w MPWiK Lublin.

Brak kadr to coraz większy problem

Modernizacja sieci wodno-kanalizacyjnej i inwestycje w technologie potrzebne są z jeszcze jednego powodu: braku kadr. Utrzymanie sieci wymaga dziś specjalistów, którzy potrafią analizować dane, planować inwestycje i reagować na problemy infrastrukturalne. Tymczasem przedsiębiorstwa wodociągowe coraz częściej wskazują, że o takich pracowników jest trudno. Z tego powodu rośnie znaczenie automatyzacji: cyfrowego monitoringu sieci i narzędzi analitycznych, które pozwalają wcześniej identyfikować problemy i planować modernizację z wyprzedzeniem.

GUS podaje, że na koniec 2024 r. długość sieci wodociągowej w Polsce wyniosła 343,9 tys. km. To pokazuje skalę infrastruktury, którą trzeba utrzymywać i monitorować. Według ubiegłorocznego rankingu Water City Index 2025, najlepiej z wodą radziły sobie (pod względem wielkości miast): Łódź, Gdynia i Mrągowo. Najgorzej: Poznań, Legnica i Sandomierz, przy czym indeks wziął pod uwagę wiele parametrów. „Triumf Łodzi można odczytać jako rezultat długoletnich inwestycji i konsekwentnej polityki zarządzania wodą. Miasto historycznie borykało się z ograniczonymi zasobami wód powierzchniowych, a jednak dzięki projektom retencyjnym i modernizacji sieci wodociągowej zdołało wzmocnić odporność wodną miasta oraz poprawić jakość życia mieszkańców” – stwierdzają autorzy raportu.

Aby woda nie trafiała w piach, potrzeba więc wizji, pieniędzy i technologii. To niewiele, bo koszty ewentualnych wycieków i braku wody będą z roku na rok coraz większe.

Główna » Środowisko » Mamy coraz większy problem z wodą. Winna susza i… stara infrastruktura