Transformacja energetyczna oznacza nie tylko zmianę źródeł energii, ale także przebudowę lokalnych rynków pracy. O ile skala inwestycji i tempo odchodzenia od węgla są regularnie monitorowane, o tyle znacznie rzadziej przedmiotem oceny staje się skuteczność programów, które mają pomóc pracownikom znaleźć trwałe zatrudnienie. Wielkopolska Wschodnia należy do nielicznych regionów, w których można dziś sprawdzić, jak publiczne środki przeznaczane na aktywizację przekładają się na efekty – i jakie wnioski z takich doświadczeń mogą mieć znaczenie nie tylko lokalnie, ale dla sposobu prowadzenia polityki rynku pracy w całym kraju.
Według Polskiej Akademii Nauk niemal połowie spośród 255 średnich miast w Polsce grozi społeczno-ekonomiczna zapaść – wyludnienie, upadający przemysł, bezrobocie, starzejące się społeczeństwo, problemy z dostępem do ochrony zdrowia. To zjawisko, które Marek Szymaniak dokumentował w swojej książce „Zapaść. Reportaże z mniejszych miast” już pięć lat temu. Jeździł wówczas po kraju i pytał o przyczyny kryzysu tych, którym grozi on najbardziej – mieszkańców, aktywistów, samorządowców.
– Kiedy rozmawiamy o transformacji, najczęściej liczymy zamknięte kopalnie, nowe inwestycje czy megawaty z odnawialnych źródeł energii. Znacznie rzadziej zadajemy sobie pytanie, co dzieje się z ludźmi i całymi miejscowościami. Czy w tym wszystkim jest miejsce na mądrą aktywizację zawodową? Czy przygotowujemy ludzi na rynek pracy, który za chwilę AI jeszcze bardziej zmieni? To nie są pytania wyłącznie o regiony pogórnicze. One dotyczą całej Polski. Jeśli chcemy, żeby młodzi po studiach wracali do mniejszych miast, nie wystarczy powiedzieć im, że mieszkania są tańsze i żyje się spokojniej. Muszą widzieć, że czeka tam na nich dobrej jakości, dobrze płatna praca, możliwość rozwoju oraz poczucie, że za kilka lat znów nie będą musieli zaczynać od zera – mówi Marek Szymaniak, ekspert rynku pracy, autor „Młócki. Reportaży o pracy przyszłości”.
Region w trakcie zmiany
Wielkopolska Wschodnia jest dziś jednym z najbardziej wymownych przykładów transformacji, jaką Polska przechodzi w związku z odejściem od węgla brunatnego. Skala zmian jest widoczna gołym okiem. W Grupie ZE PAK – największym pracodawcy regionu – zatrudnienie skurczyło się z około 8,5 tys. osób w 2011 roku do obecnego poziomu poniżej 2 tys. Oznacza to redukcję rzędu 70 proc. w ciągu kilkunastu lat. Zmiana nie dotknęła wyłącznie bezpośrednio zatrudnionych w energetyce – objęła też pracowników firm kooperujących, lokalnych usługodawców i całe społeczności, których gospodarka przez dekady kręciła się wokół jednego przemysłu.
– Odpowiedzią Unii Europejskiej na takie procesy jest Fundusz na rzecz Sprawiedliwej Transformacji – tłumaczy Anna Karaszewska, prezes Jobs First Polska. – Jego celem jest łagodzenie społecznych i gospodarczych skutków transformacji klimatycznej oraz wspieranie regionów w przejściu do bardziej zrównoważonej gospodarki. Chodzi tu między innymi o pomoc pracownikom tracącym pracę w znalezieniu nowego zatrudnienia oraz o tworzenie nowych miejsc pracy.
W Wielkopolsce Wschodniej jednym z instrumentów wdrażających te założenia jest projekt „Droga do zatrudnienia po węglu”. Finansowany jest ze środków unijnych i krajowych, o łącznej wartości przekraczającej 257 mln zł.
Liczy się certyfikat czy praca?
Sformułowanie „aktywizacja zawodowa” dobrze brzmi w sprawozdaniach. Gorzej wypada w konfrontacji z tym, co faktycznie mierzą operatorzy takich programów. Zarówno przepisy o zamówieniach publicznych, jak i zasady konkursów grantowych nie premiują tych, którzy dbają o trwałe zatrudnienie swoich uczestników. Samorządy mają co prawda narzędzia, by zamawiać programy rozliczane z efektów – w środkach europejskich można do kryteriów konkursowych wpisać wymóg utrzymania pracy przez pół roku czy rok. W praktyce jednak takie rozwiązania nie są stosowane.
Uczestników programu zatrudniło już 106 różnych firm z Wielkopolski Wschodniej. Średnio 1,3 osoby na pracodawcę, a więcej niż jedną osobę zatrudniło zaledwie 15 firm. To pokazuje, że program nie polega na kierowaniu ludzi do kilku dużych zakładów, lecz na dopasowaniu do konkretnego miejsca pracy. Każdy uczestnik ma swoją odrębną, indywidualną drogę do zatrudnienia – i to jedyny sposób, żeby ta praca była trwała. Jobs First zakontraktował z pracodawcami umowy o łącznej wartości 15 mln zł, obejmujące m.in. dopłaty do wynagrodzeń i wsparcie w wyposażeniu stanowisk pracy.
98 proc. utrzymuje pracę. Ale z czym to porównać?
Po ponad dwóch latach realizacji projektu Jobs First dysponuje wynikami wartymi szczególnej uwagi. Spośród 450 uczestników objętych wsparciem pracę podjęło dotychczas blisko 160 osób. Ponad połowa z nich przed przystąpieniem do programu pozostawała bezrobotna lub w ogóle nie szukała pracy.
Proces jest dynamiczny – w każdym tygodniu kolejne osoby podejmują zatrudnienie. Spośród uczestników, którzy znaleźli pracę, aż 98 proc. nadal pozostaje zatrudnionych. Ponad połowa pracuje nieprzerwanie od co najmniej sześciu miesięcy, a blisko jedna trzecia – od roku lub dłużej. Średni okres zatrudnienia wynosi siedem miesięcy, a najdłuższy przekracza 19 miesięcy.
Wśród pracujących uczestników 95 proc. jest zatrudnionych na umowę o pracę, 96 proc. pracuje w pełnym wymiarze etatu. Z kolei co czwarta osoba otrzymała podwyżkę po zakończeniu okresu próbnego.
– Można przeszkolić tysiące osób i pokazać pozornie dobrą statystykę, a jednocześnie nie zmienić życia ani jednej rodziny. My rozliczamy się z zatrudnienia, nie z certyfikatów – towarzyszymy uczestnikom nie tylko do podpisania umowy, ale przez pierwsze miesiące pracy, kiedy najłatwiej ją stracić. To wymaga metodyki i konsekwencji, ale naprawdę zmienia lokalny rynek. Gdyby zamówienia publiczne premiowały trwałość zatrudnienia, a nie liczbę wydanych zaświadczeń, więcej operatorów pracowałoby w ten sposób. Skorzystałyby na tym całe regiony, bo więcej osób utrzymywałoby stabilne zatrudnienie, rozwijałoby swoje kompetencje i budowało poczucie bezpieczeństwa – swojego, ale i swoich najbliższych – tłumaczy Karaszewska.
Zmiany strukturalne, systemowe pytania
Czy programy aktywizacyjne to jednak wystarczająca odpowiedź na ryzyko odpływu ludzi z regionu? To pytanie, które coraz głośniej zadają sobie samorządowcy.
Automatyzacja, cyfryzacja i rozwój sztucznej inteligencji będą generowały kolejne fale zwolnień w różnych branżach – i nie tylko w regionach węglowych. Według danych Eurostatu stopa bezrobocia wśród osób do 25. roku życia w Polsce utrzymuje się w ostatnich latach na poziomie wyraźnie wyższym niż średnia dla całej populacji. Jednocześnie rośnie odsetek tych, którzy pracują poniżej swoich kompetencji lub poza wyuczonym zawodem.
– Skala nadchodzących zmian będzie naprawdę duża. Już dziś widać, że wyzwaniem na rynku pracy nie jest sam brak ofert, lecz coraz większa luka między oczekiwaniami pracodawców wobec kandydatów a gotowością osób tracących pracę do podjęcia zatrudnienia w innej branży, a niekiedy nawet w innym zawodzie. Znalezienie nowego zajęcia coraz częściej wiąże się z niepewnością i koniecznością ciągłego rozwijania umiejętności, choćby w odpowiedzi na automatyzację czy rozwój sztucznej inteligencji. Dlatego aktywizacja zawodowa nie powinna ograniczać się do jednorazowego przeszkolenia czy doradztwa w ograniczonym z góry czasie – potrzebne jest kompleksowe, zindywidualizowane wsparcie, które pomoże jak największej liczbie osób znaleźć nową pracę i w niej zostać. To pokazuje, że nasz rynek pracy nie jest jeszcze dojrzały. W krajach, gdzie systemy wsparcia działają sprawniej, miarą sukcesu nie jest liczba osób nim objętych, lecz to, czy realnie i trwale zmienia się sytuacja na lokalnym rynku pracy. Tymczasem „Droga do zatrudnienia po węglu” wciąż jest w Polsce wyjątkiem, a powinna stać się modelem – wdrażanym konsekwentnie także w innych regionach przechodzących transformację gospodarczą – podsumowuje prezes Jobs First Polska.

by

