Transformacja energetyczna w Polsce już trwa. W czerwcu 2025 roku energia z odnawialnych źródeł wyprzedziła w Polsce produkcję z węgla po raz pierwszy w historii. Jednak raport, który trafił na biurka ekonomistów i instytucji finansowych w maju tego roku, pokazuje wprost: kraj stojący przed największą przebudową gospodarki od wejścia do Unii Europejskiej nie ma rynku finansowego zdolnego tę przebudowę sfinansować.
Raport „Bariery i szanse regulacyjne i rynkowe rozwoju ilości i wartości zrównoważonych produktów inwestycyjnych w Polsce” przygotowany przez ekonomistów Ludwika Koteckiego i Rafała Cieślika dla Polish Sustainable Investment Forum (POLSIF) to ostra diagnoza luki między retoryką zielonej transformacji a realnymi przepływami kapitału.
Liczba, od której trudno uciec
Aż 98,6 procent zielonych aktywów w Polsce stanowią fundusze o najniższym możliwym stopniu unijnego zaangażowania środowiskowego. Fundusze, które realnie finansują transformację przemysłu i energetyki, w praktyce nie istnieją. Łączna wartość aktywów funduszy związanych ze zrównoważonym inwestowaniem sięga w Polsce około 28,6 mld zł. Brzmi imponująco, dopóki nie zestawimy tej liczby z całym rynkiem. To zaledwie 11 proc. detalicznych funduszy inwestycyjnych. Dla porównania: szacuje się, że sama modernizacja polskiej energetyki, przemysłu, ciepłownictwa i infrastruktury przesyłowej może wymagać nawet 200 mld euro inwestycji do 2040 roku.
Mamy zatem kraj z gigantycznym zapotrzebowaniem na kapitał transformacyjny i rynek finansowy, który tego kapitału nie dostarcza.
Rynek, który boi się własnych deklaracji
Odpowiedź na pytanie „dlaczego” jest mniej oczywista niż mogłoby się wydawać. Autorzy raportu wskazują na zjawisko, które można nazwać paradoksem regulacyjnym. Europejskie przepisy dotyczące zrównoważonych finansów, czyli rozporządzenie SFDR, taksonomia, wymogi raportowania, miały zwiększyć przejrzystość i skierować kapitał ku prawdziwie zielonym inwestycjom. Efekt jest odwrotny.
Instytucje finansowe zaczęły obawiać się własnych deklaracji. Fundusze przestają komunikować ambitne cele klimatyczne nie dlatego, że z nich rezygnują, lecz dlatego, że boją się oskarżeń o greenwashing. W efekcie wiele produktów celowo obniża swoje ekologiczne ambicje. Im bardziej restrykcyjne przepisy, tym większa ostrożność rynku i tym mniej kapitału naprawdę płynie tam, gdzie jest potrzebny.
Do tego dochodzi chaos interpretacyjny. Fundusze często nie wiedzą, jak bezpiecznie zaklasyfikować inwestycję transformacyjną, na przykład w stalownię modernizującą piece na wodór albo w spółkę budującą magazyny energii. Proste wykluczenia (nie inwestujemy w węgiel, tytoń, broń) są bezpieczne. Ocena, czy dane przedsiębiorstwo rzeczywiście przechodzi wiarygodną transformację, jest trudniejsza i rodzi ryzyko regulacyjne. Dlatego większość instytucji wybiera tę pierwszą ścieżkę.
Polska inwestuje za mało
Problem ma też wymiar makroekonomiczny. Stopa inwestycji w Polsce wynosi około 17 proc. PKB wobec ponad 21 proc. średniej unijnej. Aż 96 proc. polskich firm finansuje inwestycje głównie z własnych środków, omijając rynek kapitałowy. Emisje akcji czy obligacji korporacyjnych pozostają marginesem, a rynek finansowy praktycznie nie uczestniczy w modernizacji gospodarki.
Autorzy raportu nazywają to „luką dojrzałości”. Polska nadal uczy się języka zielonych inwestycji, ale głównie defensywnie, patrząc przede wszystkim na to, jak nie naruszyć regulacji, a nie jak zaprojektować produkt, który realnie finansuje zmianę.
Szansa, której Polska jeszcze nie widzi
Najmocniejsza teza raportu jest paradoksalnie optymistyczna. Polska może stać się jednym z najważniejszych rynków finansowania transformacji w Europie Środkowej właśnie dlatego, że jest gospodarką bardziej emisyjną niż Zachód.
Francja czy Niemcy inwestują dziś głównie w dojrzałe zielone technologie. Polska musi przebudować energetykę, ciepłownictwo, przemysł ciężki i sieci przesyłowe praktycznie od podstaw. To gigantyczny popyt na kapitał i fundamentalna różnica w modelu zarabiania. Zachód finansuje zielonych zwycięzców, spółki już niskoemisyjne. Polska może zarabiać na finansowaniu samej zmiany, czyli na kredytowaniu firm i sektorów w trakcie przejścia. To potencjalnie największy impuls modernizacyjny od akcesji do Unii, o ile zostanie dobrze rozegrany.
Co blokuje i jak odblokować
Raport wskazuje trzy główne bariery. Pierwsza to brak wiarygodnych danych, gdyż polskie przedsiębiorstwa w większości nie raportują emisji ani planów dekarbonizacji, więc fundusze kupują dane od zagranicznych dostawców, co podnosi koszty operacyjne. Autorzy postulują stworzenie krajowej infrastruktury danych: publicznej bazy informacji o transformacji przedsiębiorstw, zintegrowanej z europejskimi systemami. W świecie zielonych finansów dane są tym, czym dla przemysłu kiedyś była energia elektryczna.
Druga bariera to pasywność regulatora. KNF i Ministerstwo Finansów ograniczają się do wypełniania unijnego minimum, nie tworząc własnych wytycznych ani standardów klasyfikacji inwestycji transformacyjnych. Sektor finansowy działa reaktywnie i czeka na sygnały, zamiast je dawać. Tutaj pojawia się też luka kompetencyjna, czyli brak wyspecjalizowanej kadry w TFI oraz doradców, którzy potrafiliby rzetelnie wyjaśnić klientom korzyści z inwestycji ESG.
Trzecia to niepewność regulacyjna i polityczna. Bez stabilnych reguł gry firmy wolą przeczekać, finansując się z własnej gotówki. To błędne koło: bez inwestycji nie ma transformacji, bez transformacji nie ma danych, bez danych nie ma produktów finansowych.
Raport Koteckiego i Cieślika kończy się listą konkretnych postulatów: aktywna rola BGK i PFR, jako instytucji rozwojowych, krajowa strategia zrównoważonych finansów, inwestycja w infrastrukturę danych, jasne wytyczne regulatora.
Źródła:

by

