„Hybrydyzacja instalacji OZE to energetyczna racja stanu”. Dlaczego w Polsce tak trudno ją wdrażać?

Hybrydyzacja źródeł odnawialnych miała zwiększyć elastyczność systemu energetycznego i przyspieszyć rozwój PV oraz wiatru. Tymczasem inwestorzy napotykają coraz więcej barier formalnych. — Operatorzy zbyt dosłownie interpretują przepisy — mówi prof. Piotr Kacejko z Politechniki Lubelskiej.

Panie profesorze, od jakiegoś czasu mówimy, że hybrydyzacja to droga, którą powinni podążać wytwórcy energii z fotowoltaiki, z wiatru, czy szerzej z OZE. Tymczasem ta hybrydyzacja nie przebiega tak, jak wszyscy by się spodziewali.

Muszę powiedzieć, że obserwuję utrudnienia tego procesu z dużym zaniepokojeniem. Wydawałoby się, że jeżeli ktoś planuje budowę dużej instalacji fotowoltaicznej – przez dużą rozumiem 1 MW, 2 MW, 50 MW, czyli nie mówimy o małych instalacjach, tylko o takich, które zaliczają się do większych obiektów – i jeżeli do tego chce ponieść trud wybudowania magazynu energii, to jest to zgodne ze wszelkimi tendencjami – zarówno krajowymi, jak i europejskimi. Powinno to być stosunkowo proste, zwłaszcza jeśli wszystkie strony dochodzą do wniosku, że inwestor mieści się w limicie mocy przyłączeniowej. Okazuje się jednak, że tak nie jest i to jest problem.

Obserwuję już kilka, a może nawet kilkanaście takich przypadków. To oznacza, że mamy do czynienia z pewną tendencją. Można to opisać tak: operatorzy bardzo dosłownie rozumieją zapis zmodyfikowanej ustawy Prawo energetyczne, który mówi, że w takich przypadkach należy wykonać ekspertyzę. Ustawodawca nie doprecyzował jednak, jaką ekspertyzę. Operatorzy uważają, że chodzi o taką samą ekspertyzę przyłączeniową, jaką wykonuje się na etapie ubiegania się o warunki przyłączenia dla tzw. „gołego źródła”, czyli gdy projekt dopiero startuje.

Natomiast mnie się wydaje, że intencją ustawodawcy było przeprowadzenie ekspertyzy sprawdzającej, czy hybryda — układ PV plus magazyn, farma wiatrowa plus magazyn czy wszystkie trzy elementy razem — będzie funkcjonować sprawnie, mieścić się w limicie mocy przyłączeniowej i czy zastosowane automatyki spełnią wymagane warunki. Tymczasem mamy tu poważny rozdźwięk.

Spotkałem już dwa przypadki, w których operator zlecił wykonanie ekspertyzy dla obiektu, który istnieje od kilku lat — i z tej ekspertyzy wynikało, że ten obiekt… nie powinien być zbudowany. Bo gdyby dziś ubiegał się o warunki przyłączenia, to by ich nie otrzymał. W związku z tym, skoro obiekt — według tej ekspertyzy — nie powinien istnieć, to magazyn również nie może zostać wybudowany. I tak dalej, i tak dalej. Zaczynamy poruszać się w obszarze absurdu, który — jak powiedziałem na początku — bardzo mnie martwi. Mam nadzieję, że zmiany w ustawie Prawo energetyczne oznaczane jako UC84 to uporządkują.

Ale właśnie — czy potrzebne są zmiany w prawie, czy może zmiana podejścia i więcej dobrej woli oraz elastyczności po stronie operatorów, po stronie zarządców infrastruktury?

Tutaj można, parafrazując znane przysłowie, powiedzieć: „piekło operatorskie jest wybrukowane dobrą wolą”. Myślę, że kluczowe jest bardzo konsekwentne przestrzeganie i doprecyzowanie przepisów. Jestem przekonany, że intencja ustawodawcy była inna, ale wyszło, jak wyszło. Jeżeli dopilnujemy właściwego zinterpretowania prawa, to jest szansa, że problemy nie będą narastać.

Nie do przecenienia jest tu rola regulatora, który powinien wyraźnie uświadamiać operatorom, że hybrydyzacja to — użyję mocnych słów — nasza energetyczna racja stanu. Wszyscy powtarzamy, że trzeba to robić, że hybrydyzacja jest konieczna, a potem okazuje się, że… trzeba, ale jutro. Tak to niestety wygląda.